W tej dyskusji najbardziej zaskoczyła mnie lektura artykułu Pawła Krulikowskiego z portalu Polityka Warszawska. Pomimo rozbieżnych poglądów, zawsze ceniłem redaktora Krulikowskiego za jego rzetelność i poziom argumentacji. W tym wypadku nie popisał się niestety żadnym z tych przymiotów. Choć we wstępie nazywa program Joanny imponującym, to dalej zarzuca jej zaplanowanie doprowadzenia miasta do finansowej agonii. Następnie wymienia szereg postulatów, które w jego mniemaniu są bardzo kosztogenne, a jednocześnie nie udało bądź nie chciało mu się znaleźć w tekście sposobu finansowania dla nich. Pozwolę sobie poprowadzić Pana Redaktora za rękę przez ten obszerny dokument, którego jestem współautorem.
Zacznijmy od tego, że nieprawdą jest, iż każdy kolejny punkt jej agendy to potencjalny (spory!) wydatek dla stolicy. Program Erbel zapisany jest w dość nieszablonowym formacie, gdzie pod postulatem możemy przeczytać uzasadnienie, dlaczego dany punkt jest ważny dla kandydatki oraz dlaczego jego realizacja jest możliwa. Dzięki temu dobrze widać, że większość z tych założeń można zrealizować bezkosztowo lub niskokosztowo, mając przede wszystkim wolę polityczną do wprowadzenia postulowanych zmian. Tam, gdzie potrzebne będą większe nakłady, z reguły znajduje się odpowiedź w kwestii finansowania.
Najbardziej przeraża redaktora Krulikowskiego, że Erbel proponuje gigantyczny przyrost wydatków, zwłaszcza w obszarach budownictwa mieszkaniowego. Budowa dodatkowych mieszkań komunalnych, inwestycje w budowanie kolejnych lokali socjalnych, dodatkowe środki na remont istniejących mieszkań komunalnych. Hanna Gronkiewicz-Waltz w trakcie swojej kadencji wydatki na mieszkania komunalne obcięła, a dodatkowo podwyższyła czynsze. Pomimo tego zadłużenie miasta wzrasta. Skąd na to wziąć pieniądze?. Autorzy programu odpowiadają: w kwestii nowych mieszkań: dofinansowanie z BGK i partnerstwo publiczno – prywatne, w kwestii remontów: dofinansowanie z BGK oraz przekazywanie lokatorom pustostanów. Oczywiście to wszystko przy wsparciu z budżetu miasta, ale przecież już teraz miasto wydaje na budowę i utrzymanie lokali komunalnych środki własne, nie korzystając z atrakcyjnych narzędzi wymienionych powyżej.
Kolejną dyskusyjną dziedziną okazała się edukacja. Pan redaktor nie odważył się napisać wprost, że należy oszczędzać na kształceniu i zdrowiu przyszłych pokoleń, natomiast odważnie krytykuje propozycję dodatkowej lekcji matematyki opłacanej przez samorząd. Nie wspomniał niestety, że wiele samorządów już dawno zdecydowało się na ten krok (np. Gdańsk czy Poznań), a motywacją nie jest w tym przypadku wysokość przychodów miasta, lecz coraz gorsze wyniki egzaminów z tego przedmiotu i braki na rynku pracy wśród specjalistów o umysłach ścisłych. Zapis o darmowych przejazdach dzieci i młodzieży na trasie dom-szkoła i szkoła-dom wynika z prawa krajowego, które nakłada taki obowiązek na gminy, a darmowe stołówki w szkołach wzięły się z wyobraźni Pana Redaktora, bo w programie nie ma o nich słowa. Krytyki przywrócenia opieki medycznej w szkołach pozwolę sobie nie skomentować.
Dalej dowiadujemy się, że ciekawe podejście prezentuje również Joanna Erbel do problemu zwiększającego się zatrudnienia w urzędach. Do tej pory byłem przekonany, że problemem nie jest zwiększanie zatrudnienia, a raczej mnożenie niepotrzebnych etatów, nepotyzm i kolesiostwo oraz zatrudnianie osób niekompetentnych. Ale postaram się spojrzeć na problem oczami redaktora Krulikowskiego. : […] O restrukturyzacji biurokracji kandydatka Zielonych nie myśli. Jej rozwiązaniem byłoby przesuwanie odpowiednich urzędników do biur czy wydziałów, w których w danej chwili byliby potrzebni – fakt, o restrukturyzacji rozumianej jako pozbycie się wszystkich urzędników, którzy nie zmieszczą się w danym budynku (vide jeden z kontrkandydatów Erbel) kandydatka Zielonych nie myśli. O restrukturyzacji jako zmianie struktury zatrudnienia w urzędzie – jak najbardziej, co sam autor zauważył, szczególnie w kontekście planowanej decentralizacji i znaczącego zwiększenia kompetencji dzielnic. Ale to nie wszystko. Dodatkowi pracownicy socjalni, opiekunowie dla dzieci, powołanie nowego Departamentu Kształtowania Przestrzeni Publicznej, Powołanie Naczelnego Architekta Warszawy, powołanie Biura Planowania Rozwoju Warszawy, powołanie instytucji Społecznego Studium Zagospodarowania Przestrzennego, Warszawski Fundusz Inwestycyjny, dodatkowi pełnomocnicy […] etc. To tylko skrócona lista nowych etatów, które jak rozumiem za miejskie pieniądze planuje utworzyć Prezydentka Erbel. Skoro na wyobraźnię najlepiej działają liczby, to w budżecie na rok 2014 zaplanowano 5 milionów złotych na działalność istniejących już biur w zakresie planowania przestrzennego. Dołożenie kilku nowych instytucji urbanistycznych to nieuchronne dalsze obciążanie budżetu. – źle Pan rozumie, Panie Redaktorze. Szczególnie w kwestii planowania przestrzennego, które jak powszechnie wiadomo jest jedną z największych bolączek Warszawy, jest to dalsza część wspomnianej wyżej restrukturyzacji. Owszem, instytucje związane z przygotowywaniem planów miejscowych powstaną za miejskie pieniądze, ale będą to pieniądze zaoszczędzone na współpracy z zewnętrznymi pracowniami architektonicznymi, które obecnie zupełnie nie radzą sobie ze zleconymi pracami, a czas przygotowywania planów, jak zresztą cała procedura ich przyjmowania, jest zwyczajnie kompromitujący.
Co do kompetencji Prezydenta Miasta, redaktor Krulikowski uwierzył chyba Hannie Gronkiewicz-Waltz i paru innym włodarzom, że permanentnie mają związane ręce w kontakcie z władzą centralną, podmiotami prywatnymi czy nawet podległymi sobie instytucjami. Może trudno w to uwierzyć, ale zrównoważone, dobrze skomunikowane, sprawnie działające i przyjazne do życia miasto leży nie tylko w interesie hipsterów z placu Zbawiciela czy „rowerowej klasy średniej”, ale w interesie wszystkich mieszkańców, przedsiębiorców i inwestorów z jego terenu. Na zachodzie Europy już wszyscy zainteresowani mają świadomość, że współpraca przy urządzaniu wspólnego podwórka przynosi korzyści każdej ze stron. Polacy dopiero uczą się tego, ale nauczą się. Wystarczy dać im szansę.
Ostatnia rzecz, nad którą pochylił się autor artykułu (ignorując zupełnie założenia dotyczące zarabiania pieniędzy przez miasto, choćby poprzez zieloną reindustrializację czy przyjazną przestrzeń dla start-upów) – skąd wziąć oszczędności. Pisze – Przypomnijmy, rokrocznie spadają w Warszawie dochody z podatków PIT i CIT (dopiero w tym roku wszystko wskazuje, że będzie inaczej), analogicznie wzrastają wydatki na bieżącą obsługę miasta, zaś na wielkie inwestycje nasze miasto pożycza, rozkładając spłatę na raty i licząc na wzrost gospodarczej koniunktury. Być może oszczędności w programie powinny wyglądać tak, że jednemu konkretnemu zabierzemy tyle, aby innemu konkretnemu tyle dać. Jednak trudno wyobrazić sobie, jak sprawne zarządzanie miastem, zatrudnianie ludzi o wysokich kompetencjach eksploatacyjnych, wspieranie lokalnych przedsiębiorców czy ograniczenie ruchu kołowego w mieście może przynieść ogromne oszczędności, bo nie da się tych pieniędzy wskazać Panu Redaktorowi palcem. Ale to w perspektywie kilku lat przyniesie znaczące kwoty do budżetu stolicy.
Spokojnie, plan na teraz też jest, a tyczy się on wspomnianych „wielkich inwestycji”, na które miasto zaciąga kredyty. Otóż w naszym programie zapisana jest jedna – domknięcie obwodnicy Śródmieścia od Ronda Wiatraczna do Ronda Żaba. Jest to inwestycja priorytetowa dla Warszawy, a każda alternatywna propozycja (jak ostatnio „obwodnica przez Kijowską”) rzucana wyborcom przez Ratusz jak ochłap jest gwałtem na tym mieście i rozumach jego mieszkańców i mieszkanek. Przy czym nie chcemy, aby była to inwestycja „wielka” – zamiast drogi szybkiego ruchu chcemy normalnej miejskiej ulicy bez ekranów akustycznych, która rozwiąże wiele problemów komunikacyjnych centralnej części prawobrzeżnej Warszawy, a jednocześnie może kosztować o 200-400 mln mniej niż obecny projekt forsowany przez władze stolicy. Dzięki niej zaoszczędzimy również na budowie Trasy Świętokrzyskiej, która w obecnej formie i bez istnienia obwodnicy wewnętrznej zupełnie nie ma sensu. W ten sam sposób należy zweryfikować wszystkie inwestycje transportowe zapisane w strategiach rozwojowych miasta. Oszczędności należy również poczynić przy remontach każdego jednego parku, skweru czy placu, rezygnując z najdroższych elementów „rewitalizacji”. Warto spojrzeć na przykład Parku Polińskiego na Grochowie, który z braku środków czeka od 6 lat na renowację. W tym roku rozpocznie się realizacja okrojonego projektu, w którym nie znalazło się miejsce dla wielu udogodnień dla użytkowników, za to ¼ kwoty prac pochłonie budowa fontanny i ogrodzenia. Z mojego podwórka mogę wymienić jeszcze Park Znicza, park OPAK, skwer przy Paca i oczywiście Plac Szembeka, czyli kilka-kilkanaście milionów wydanych na kampanię PRową tylko na niewielkim fragmencie Grochowa.
Program Joanny Erbel i Zielonych jest programem sprzeciwu wobec polityki igrzysk, manii wielkości i „światowości” oraz dużych inwestycji pod publiczkę oddawanych w roku wyborczym. Chodzi nam o całkowite przewartościowanie priorytetów władz miasta, a nie o dorzucanie wydatków do tych już istniejących. Jeżeli nie jest to czytelne, musimy zapisać to drukowanymi literami lub głośniej o tym mówić. Ten dokument nie jest idealny i nie jest jeszcze skończony. Pojawią się w nim postulaty zgłaszane przez warszawiaków i warszawianki, pojawią się również konkretne wyliczenia. Jesteśmy otwarci na wszelkie uwagi i konstruktywną krytykę, im dłuższa i bardziej emocjonująca debata odbędzie się nad nim, tym lepiej. Nie zgadzamy się jednak na przekręcanie naszych zapisów i insynuacje, jakoby ich realizacja miała doprowadzić do katastrofy finansowej miasta. Dlatego wołam do redaktora Krulikowskiego: Pawle, nie idź tą drogą! Bądź dalej rzetelnym, uznanym dziennikarzem Polityki Warszawskiej!
