Warszawiacy rejestrowi

A miało być tak łatwo...
A miało być tak łatwo... www.facebook.com/ZaglosujBezMeldunku
Przed nami maraton wyborczy. Za miesiąc Eurowybory, w listopadzie - samorząd. Latem 2015 - wybory prezydenckie, jesienią - parlamentarne. Mieszkańcy dzielnicy Praga-Południe wybiorą do tego w czerwcu Rady Osiedli. Jeżeli ktoś nie ma meldunku w Warszawie, a chciałby wziąć udział we wszystkich głosowaniach - musi dopisać się do rejestru wyborców. O takiej możliwości zrobiło się głośno już przed referendum o odwołanie Prezydent Warszawy. Od tego czasu trwa również paranoja urzędnicza związana z utrudnianiem życia potencjalnym warszawskim wyborcom, która zdaje się nie mieć końca.

Nie tylko przyjezdnym zdarza się nie figurować w warszawskim rejestrze wyborców. Ja pochodzę z Warszawy, do 12 roku życia wychowywałem się w mieszkaniu, w którym ponownie mieszkam od ponad trzech lat, jednak z racji idiotycznego przepisu o obowiązku zameldowania niepełnoletniego dziecka pod adresem zameldowania matki - w dowodzie nadal mam adres podwarszawski. Skomplikowany status własnościowy mieszkania nie pozwalał mi się w nim zameldować, dlatego przed referendum musiałem dopisać się do rejestru wyborców. Nie miałem z tym problemu, ponieważ odwiedziłem Urząd Dzielnicy Praga-Południe w maju, gdy jeszcze nikt nie wierzył w powodzenie zbiórki podpisów. Mimo że mogłem wylegitymować się PITem złożonym w Warszawie, urzędniczka stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby, co pokrywało się z informacjami widniejącymi do dziś na stronie Urzędu Miasta. Odkąd stało się jasne, że do głosowania odwoławczego dojdzie, aż do dnia dzisiejszego - ci sami urzędnicy w tym samym urzędzie piętrzą przed kolejnymi osobami problemy, i to za każdym razem inne.


Dosyć głośno było o sprawie reportera RDC, który przedstawił nawet umowę najmu mieszkania, jednak dla pewności wysłano do niego Straż Miejską, która nie zastała go w domu, a sąsiedzi nie potwierdzili faktu jego zamieszkiwania w danej lokalizacji, co było przyczyną odmowy dopisania do rejestru. Działo się to już we wrześniu, kilka dni po tym, gdy na konferencji prasowej z Januszem Palikotem opowiadałem mediom, że w mojej dzielnicy nie było żadnego problemu z dopisaniem się do rejestru. Samego Janusza w Śródmieściu też zweryfikowano pozytywnie, choć z reguły trudno zastać go w domu. Nie każdy jednak jest na tyle rozpoznawalny, żeby sąsiedzi znali go z imienia i nazwiska, a domyślam się, że strażnicy nie dysponują na okoliczność wizji lokalnej.zdjęciem delikwenta.

Kolejne przypadki wydarzyły się już w tym roku, kiedy było wiadomo, że stanowisko HGW jest bezpieczne przynajmniej do listopada. Najpierw koleżanka musiała się nasłuchać od urzędników pytań i ocen na temat braku jej zameldowania gdziekolwiek, choć jej akurat udało się załatwić sprawę. Za to jej znajoma została skutecznie zniechęcona do złożenia wniosku, bez problemu dopisano ją jednak do spisu wyborców, co jest mało satysfakcjonujące, ale o tym za chwilę. Tego samego dnia mojej dziewczynie przy kolejnej wizycie w urzędzie, po długiej rozmowie z urzędniczkami, udało się złożyć wniosek o dopisanie do rejestru, mimo że przy pierwszej wizycie odesłano ją po jakikolwiek dokument potwierdzający jej zamieszkanie pod danym adresem.



Wszystkie trzy powyższe przypadki mają jeden wspólny mianownik - wymienione osoby spełniają definicję stałego zamieszkiwania na terenie dzielnicy (za serwisem informacyjnym PKW: Przez stałe zamieszkanie należy rozumieć zamieszkanie w określonej miejscowości pod oznaczonym adresem z zamiarem stałego pobytu. Ocena ta jest zatem oceną faktu zamieszkania i okoliczności sprawy świadczących, że w miejscu pobytu koncentrują się ważne interesy życiowe, majątkowe i inne danej osoby.), jednak nie mają możliwości potwierdzenia tego w takiej formie, w jakiej życzą sobie urzędniczki. Dla urzędniczek satysfakcjonujące byłoby przedstawienie umowy najmu mieszkania, pierwszej strony PITa lub rachunku za gaz prąd czy kablówkę na nazwisko tej osoby. Umowa - zlecenie, czy umowa o prowadzenie konta w banku z podanym adresem zamieszkania to dla nich za mało. Nie dopuszczają do siebie myśli, że ktoś, kto nie wynajmuje mieszkania, nie ma rachunków adresowanych na siebie i nie rozliczał się do tej pory w Warszawie, mimo to stale realizuje swoje podstawowe funkcje życiowe, tj. w szczególności mieszka, spożywa posiłki, nocuje, wypoczywa, przechowuje swoje rzeczy niezbędne do codziennego funkcjonowania (odzież, żywność, meble), przyjmuje wizyty., czyli ma prawo dopisać się do rejestru wyborców. Mało tego, wg przywołanej strony PKW to wpis do rejestru wyborców jest potwierdzeniem stałego zamieszkania (!!!).

Jak to wygląda od strony prawnej? Urzędnicy powołują się na art. 20, § 2 Kodeksu Wyborczego, zgodnie z którym:
Wójt przed wydaniem decyzji, o której mowa w § 1, jest obowiązany sprawdzić, czy osoba wnosząca wniosek o wpisanie do rejestru wyborców spełnia warunki stałego zamieszkania na obszarze danej gminy..

Jednak art. 19, § 1. tej samej ustawy określa, że:

Wyborcy stale zamieszkali na obszarze gminy bez zameldowania na pobyt stały wpisywani są do rejestru wyborców, jeżeli złożą w tej sprawie w urzędzie gminy pisemny wniosek. Wniosek powinien zawierać nazwisko, imię (imiona), imię ojca, datę urodzenia oraz numer ewidencyjny PESEL wnioskodawcy. Do wniosku dołącza się:
1) kserokopię ważnego dokumentu stwierdzającego tożsamość wnioskodawcy;
2) pisemną deklarację, w której wnioskodawca podaje swoje obywatelstwo i adres stałego zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.


Zatem czy to wyborca ma obowiązek udowodnić (i to w momencie składania wniosku), że stale zamieszkuje na terenie gminy pod podanym adresem, czy raczej na urząd nałożony jest obowiązek sprawdzenia prawdziwości deklaracji, a wszelkie wątpliwości nie powinny być interpretowane na niekorzyść wnioskodawcy? Jeżeli urzędnicy z Pragi-Południe wydadzą mojej dziewczynie decyzję odmowną - rozstrzygnie o tym sąd. Słyszałem, że w innych dzielnicach czasem zdarzają się podobne sytuacje, a czasem nie trzeba niczego zaświadczać. Można więc zakładać, że nie jest to fanaberia urzędniczek z jednego ratusza, tylko raczej wybiórcze przestrzeganie odgórnej instrukcji. Instrukcji, do wydania której władze samorządowe nie otrzymały delegacji od ustawodawcy, co wynika z odpowiedzi na interpelację radnego Wąsika.

Czemu rejestr wyborczy jest tak istotny, a spis wyborców może nie satysfakcjonować zainteresowanych? Otóż spis wyborców powstaje jednorazowo, tylko na okoliczność określonych wyborów parlamentarnych, prezydenckich lub europarlamentarnych. Obecność w rejestrze determinuje za to również czynne i bierne prawa wyborcze w wyborach samorządowych i do jednostek pomocniczych, możliwość udziału w referendum, możliwość popierania wszelkich lokalnych wniosków, petycji, projektów. Uprawnia również do kandydowania do składu obwodowych komisji wyborczych. Dlatego zarówno dla osób aktywnych społecznie czy politycznie, jak i dla tych, którym dieta za pracę w komisji wyborczej mogłaby pomóc przeżyć miesiąc, utrudnianie dopisania się do rejestru może być dużym problemem.

Żyjemy w XXI wieku w stolicy europejskiego państwa, gdzie obowiązek meldunkowy jest prawem obowiązującym, ale nieegzekwowanym, a autochtoni stanowią mniej niż połowę mieszkańców. Chcemy tego, czy nie, ale kapitał zarówno gospodarczy, jak i kulturalny, społeczny czy polityczny Warszawy jest w dużej mierze budowany przez osoby przyjezdne. Nie zawsze są to osoby posiadające tu mieszkanie, płacące podatek dochodowy czy w jakikolwiek sposób formalnie połączone z miastem. Nie oznacza to, że nie związały lub nie zamierzają związać swojego dalszego życia ze stolicą, a kłody rzucane im pod nogi przez biurokratów nie służą nikomu. Potrafimy już dzielić warszawiaków na rodowitych i przyjezdnych, lewo- i prawobrzeżnych, płacących tu podatki i niepłacących. Nie starajmy się tworzyć kolejnego podziału: na warszawiaków rejestrowych i pańszczyźnianych. Historia vitae magistra est.
Trwa ładowanie komentarzy...